Przejdź do głównej treści

„Normalizować nie kryzys, a współistnienie”: jak białoruska kultura na wygnaniu może budować trwałe więzi w UE

Forum EU4Culture. Zdjęcie: Jauhien Kanaplou-Lejdzik
Tezy

16 października w Warszawskim Obserwatorium Kultury (WOK) oficjalnie rozpoczęła się białoruska część programu EU4Culture II. Start programu zaznaczył forum „Poza egzylem: białoruska kultura w europejskim kontekście”. Przez cały czas i najbardziej głośnym tematem dyskusji forum stał się rozwój międzynarodowych partnerstw i widoczności białoruskiej kultury. Zebraliśmy kluczowe cytaty wystąpień.

Tekst: sekktor | Foto: Jauhien Kanaplou-Lejdzik | Materiał partnerski.

Forum zebrało razem 6 organizacji, wybranych w letnich konkursach od EU4Culture(strona zewnętrzna, otwiera się w nowej karcie), a także przedstawicieli polskich instytucji, zauważonych w ścisłej współpracy z białoruską społecznością kulturalną w Warszawie.

Program składał się z trzech dyskusji, poświęconych odpowiednio kwestiom rozwoju zasobowej trwałości, dotarcia do nowych odbiorców i nawiązywania partnerstw dla białoruskiej kultury za granicą. Pomijając temat zasobów na rzecz kwestii, na które ogólnie brakuje nowych odpowiedzi w społeczności, poniżej podsumujemy ważne cytaty dotyczące kwestii, które pojawiały się dosłownie w każdej rozmowie:

  • Jak dzisiaj postrzegają białoruską społeczność kulturalną ostatniej "fali" migracji polskie (i szerzej - europejskie) instytucje?
  • W jakie systemowe "szare strefy" w polityce kulturalnej Polski trafiliśmy, ale nadszedł czas, aby je zreflektować?
  • O jakich “trudności w tłumaczeniu” należy sobie przypomnieć, idąc na nowy kontakt?
  • Co jest nie tak z pojęciem “integracja” nie tylko dla społeczności migracyjnej, ale i dla polskiej jako przyjmującej?
Forum EU4Culture. Zdjęcie: Jauhien Kanaplou-Lejdzik

Laura Hartz (Laura Hartz), dyrektorka Goethe-Institut w Gruzji

Nadaliśmy Forum nazwę „Beyond Exile” nieprzypadkowo. Minęło już ponad 6 lat od wydarzeń 2020 roku. To, co początkowo wydawało się nadzwyczajną sytuacją, teraz — nie chcę nazywać tego status quo, – ale to już więcej niż moment kryzysu. Imponujące jest to, jak wśród wygnania, niepewności i utraty instytucjonalnych struktur w Białorusi inicjatywy kulturalne nadal tworzą, wydają, organizują się i łączą ludzi.

O tym mówią także nasi gruzińscy koledzy: niestety, teraz wielu patrzy na to, jak białoruska kultura dostosowała się, przekształciła i rozwija się poza granicami kraju, jako na lekcję.

Małgorzata Bakalarz-Duverger (Małgorzata Bakalarz-Duverger), dyrektorka Warszawskiego Obserwatorium Kultury (Warszawskie Obserwatorium kultury))

Uważamy, że nagła wielokulturowość i wieloetniczność, która teraz ma miejsce w Polsce, to sprawa nas wszystkich, a naszym obowiązkiem jest szukać sposobów na jej normalizację. Nie chcemy normalizować kryzysu — chcemy normalizować współistnienie i wspólną pracę, przede wszystkim w sektorze kultury i sztuki.

Taka normalizacja to Białorusini i Ukraińcy w zespołach polskich instytucji, takich jak nasza. To spotkania, na które zapraszamy wszystkich specjalistów w danym temacie — polskich, białoruskich i ukraińskich. Realizujemy projekty badawcze i artystyczne wokół tematu, a nie pochodzenia: nie stygmatyzujemy się nawzajem krajem, z którego przybyliśmy.

Chcemy pokazać, że istnieje „wiele kulturalnych Warszaw”, i myśleć, jak tworzyć więcej punktów styku, abyśmy nie żyli w równoległych światach. Ale także jak pozostawiać kontrkulturowe przestrzenie, gdzie można być osobno, świętować tę osobność i rozumieć, że to normalne.

Forum EU4Culture. Zdjęcie: Jauhien Kanaplou-Lejdzik
Forum EU4Culture. Zdjęcie: Jauhien Kanaplou-Lejdzik
Forum EU4Culture. Zdjęcie: Jauhien Kanaplou-Lejdzik

Jak polskie instytucje (nie) widzą białoruskiej społeczności kulturowej

Anatoli Beifert (Dr. Anatoli Beifert), kierownik programu EU4Culture, moderator

Marcin, siedzicie przy jednym stole z białoruskimi aktorami kultury i słyszycie ich problemy. Czy widzicie ich tak samo — czy inaczej?

Marcin Jasiński (Marcin Jasiński), były dyrektor Staromiejskiego Domu Kultury,
(Staromiejski Dom Kultury) w Warszawie

Przede wszystkim trzeba zmienić logikę: mniej koncentrować się na problemach i zobaczyć w diasporze zasób, przepraszam za nieco dehumanizujące słowo. Białoruska diaspora, moim zdaniem, doskonale się samoorganizuje i potrafi odradzać się z popiołów. Wydaje mi się nawet, że doświadczenia w tej dziedzinie w białoruskiej diasporze jest więcej niż w europejskich organizacjach.

Ale diaspora znalazła się w sytuacji, w której musi radzić sobie z systemami krajów, w których żyją jej członkowie. A Polska na tle Europy — to nie jest kraj, w którym system jest prosty, przyjazny i gdzie jest dużo pieniędzy. W dużych miastach sektor pozarządowy otrzymuje około 10% funduszy na kulturę, a 90% idzie na sektor publiczny — instytucje i ich utrzymanie. Zdarza się, że konkurs grantowy w Warszawie ma budżet 800 tysięcy, a wnioski składane są na 7–8 milionów.

Odpowiedź jest prosta: trzeba to robić lepiej niż polskie organizacje. Co dla organizacji diasporowych jest dość trudne. I nie zawsze chodzi o nieprzyjazność — to także niedoskonałość systemu, nieprzystosowanego do wspierania sektora niepublicznego i pozainstytucjonalnego.

Ale jest i wielka siła białoruskiej diaspory: jest rozproszona po całej Europie, a tak naprawdę po całym świecie. To sieć ludzi, którzy pracują, na przykład, w instytucjach w całej Europie. Wydaje mi się, że system tej sieci nie widzi.

I jeszcze jeden systemowy niedopatrzenie. W Polsce białoruski język jest chroniony jako język mniejszości narodowej. Ale skąd tej mniejszości, która żyje na Podlasiu, brać kulturową treść, jak nie od białoruskiej diaspory? Białoruski — język, który jest zagrożony we własnym kraju. Zobaczenie tego na polskim i europejskim poziomie — być może jeden ze sposobów widoczności białoruskiej kultury.

Anatoli Beifert: Co przeszkadza przejść od przypadkowej współpracy do strategicznej i długotrwałej?

Marcin Jasiński: To bardzo trudne pytanie. Wydaje mi się, że [polskie] instytucje coraz częściej wybierają krótkoterminową strategię, a nie długoterminową, — z powodu społeczno-politycznej rzeczywistości. Drugie — strach przed oceną społeczną, szczególnie w instytucjach, które są bardzo widoczne w mediach społecznościowych. Nastroje społeczne w Polsce mocno wpływają na wybór, który podejmują instytucje. 

I jeszcze byłoby ciekawe, aby instytucje, które ogłaszają piękne hasła (empatia, partnerstwo i inne modne słowa) realizowały je w praktyce. Tutaj osobiście widzę pewien regres. To nie tylko o tym, że nagle nie wywieszamy flagi na budynku czy nie tłumaczymy swoich materiałów na inne języki. To także o tym, że mniej robimy otwarcie, co tworzyłoby wspólną obecność z ludźmi, którzy przyjechali do Polski.

Staram się nie używać słów, które zachowują pewną przemoc, — na przykład „integracja”. Do rozwoju współpracy potrzebne są, z jednej strony, dokładne dane: ilu przedstawicieli diaspory mieszka w danej miejscowości lub gminie? A z drugiej — aby instytucje dzieliły się władzą i ufały całemu środowisku, a nie tylko zamawiały usługi u poszczególnych artystów czy rzemieślników.

Forum EU4Culture. Zdjęcie: Jauhien Kanaplou-Lejdzik

Marcin Jasiński: 8% warszawianek i warszawian choć raz w 2025 roku było w domu kultury — to około 100–120 tysięcy osób. Tylko w ZUS w zeszłym roku zarejestrowano 50 z czymś tysięcy Białorusinów, a realnie ich, sądzę, dwa razy więcej. Dlatego dobrze byłoby, aby organy lokalnego samorządu wszystkich polskich miast, gdzie jest białoruska diaspora, zaczęły traktować ją jak mieszkańców miasta, którym należą się pewne usługi — w tym w ich własnym języku.

Ale według swojego zasadniczego założenia polskie instytucje nie są gotowe na inny model niż kuratorski. Typowa instytucja to kurator, który dokładnie wie, czego chce, i nie zostawia miejsca na konkursy, otwarte formaty. Ale jeśli myśleć systemowo, dla takich diaspór jak białoruska, to jest to absolutnie kluczowe.

Anatoli Beifert: Czy polskie organizacje dostrzegają korzyści z możliwej współpracy z białoruskimi działaczami i działaczkami kultury?

Małgorzata Bakalarz-Duverger: Przeprowadziliśmy ewaluacyjne badanie programu rezydencji Teatralnego Instytutu im. Rzeszewskiego. Instytucje, które przyjmowały twórców, nie miały żadnych wątpliwości, jakie korzyści zyskały. Po pierwsze, nową publiczność: kiedy rezydentka pokazywała spektakl, do teatru przychodziły osoby, które wcześniej tam nie zaglądały. Po drugie, bardzo konkretne nowe techniki pracy.

Często białoruskie koncerty odbywają się w wynajmowanych salach teatrów, a teatry w ogóle ich nie promują: brak informacji, plakatów. I polska publiczność na taki koncert nie przyjdzie, chociaż mogłaby.

Bardzo zachęcam do szybszej współpracy z polskimi instytucjami, niż wynajmować u nich przestrzeń. Kiedy współpracujemy, powstają relacje, a kiedy wynajmujemy – jesteśmy tylko klientami. <...>Relacje oparte na emocjach [fale kryzysu] działały dobrze, ale krótko. A profesjonalne relacje mogą trwać dłużej. Profesjonalnego „rejestru” jest teraz wystarczająco dużo, aby się zsynchronizować i pracować razem. I publiczność za tym przyjdzie. 

Olga Mżelska: Czasami słyszę od polskich kolegów, że współpracują z Białorusinami, a Białorusini nie okazują jakiejś… ciepłoty. Wydaje mi się, że musimy się trochę nauczyć być cieplejszymi. To nie dlatego, że jesteśmy niewdzięczni – po prostu tak trzymamy się w ryzach, że zapominamy o normalnych ludzkich relacjach.

Małgorzata Bakalarz-Duverger: Etyka instytucji publicznych polega na tym, że istnieją za pieniądze podatników dla wszystkich mieszkańców miasta. Jeśli za stworzeniem przestrzeni dla diaspory nie pójdzie otwarcie dla innych grup, w tym dla Polaków, trudno będzie znaleźć argument, aby instytucja kontynuowała tę sprawę.

Kiedy przyszliśmy do Biura Kultury i powiedzieliśmy, że będziemy zajmować się badaniami diaspory, dyrektor powiedział mi: „Przyszli do mnie Białorusini i chcieli, żebym im zrobił dom kultury, a ja nie mogę”. Mówię: „Nie, mówimy o czymś innym: żeby wszyscy ci Białorusini, Ukraińcy i Gruzini mogli robić fajne rzeczy dla warszawiaków. To nowi mieszkańcy Warszawy». — «A, to w porządku». Dlatego jeśli chcemy mieć ukraiński dom – założymy stowarzyszenie i wynajmiemy przestrzeń. A jeśli chcemy mieć różne ciekawe miejsca, gdzie coś się dzieje – idziemy do instytucji i rozmawiamy o partnerstwie.
Forum EU4Culture. Zdjęcie: Jauhien Kanaplou-Lejdzik

Wychodząc na nowe audytoria...

Olga Mżelska: Wydaje się, że teraz jesteśmy w paradoksalnej sytuacji. Z jednej strony, takiej liczby białoruskich wydarzeń, białoruskich działaczy na festiwalach, białoruskich wystaw na całym świecie, chyba nigdy nie było w historii Białorusi. Ale czy naprawdę ta widoczność przeradza się w trwałą obecność w europejskim życiu? Po jakich oznakach możemy zrozumieć, że wychodzimy poza granice diaspory?

Kacia Ramanczyk, liderka sekktor.online

Tak, wydaje się, że obecność na takich międzynarodowych wydarzeniach – to pierwsze, co można „zmierzyć”. Przed naszą rozmową monitorowałam publikacje rubryki „Front Kulturalny”(strona zewnętrzna, otwiera się w nowej karcie) od Reform.news: w ciągu dwóch lat to medium zarejestrowało co najmniej 56 nagród. Z moich odczuć [z przewijania mediów społecznościowych], ta liczba może być dwa razy większa. Naprawdę mamy czym się chwalić, ale mamy mało podsumowującej analityki – aby przypominać sobie i zewnętrznym partnerom, na jaki poziom jesteśmy zdolni. 

I ważna uwaga dotycząca rozwoju publiczności: przed wieloma z nas stoi zadanie utrzymania istniejącej publiczności, szczególnie mając na uwadze wewnętrzno-białoruską. 

Małgorzata Bakalarz-Duverger: Warto zadać sobie pytanie, kim jest ta nowa publiczność? Może jeszcze nie wszyscy Białorusini byli na wydarzeniach, które lubisz? Uspokaja mnie przykład Nowego Jorku czy Amsterdamu: tam jest bardzo wiele wydarzeń organizowanych przez grupy z różnych kultur, i nie są one obowiązkowe dla wszystkich. Normalne jest, aby nie mierzyć sukcesu tym, ile grup etnicznych siedzi na sali, — bo zwariujesz. Naszą nową publicznością może być po prostu inny segment białoruskiej publiczności, i to jest normalne.

Ogólnie, o jakiej białoruskiej kulturze mówimy? O dobrej literaturze i dobrym nowoczesnym sztuce? Czy o tradycji i dziedzictwie, które chcemy pokazać? Warto to sobie „rozrysować”, bo taka komplementarna, wzajemnie uzupełniająca współpraca wyzwala: potrzebujesz takich partnerstw, takiej publiczności i takiej strategii, ja – innych.

...utrzymywać i rozwijać białoruską publiczność

Illa Andrejeu: W zeszłym roku przeprowadziliśmy badanie publiczności i krajobrazu wydawców w emigracji. W ankiecie wzięło udział około 600 osób. Główna grupa — od 25 do 45 lat, to około 50% naszej publiczności. Portret czytelnika — to osoba, która bardzo wierzy w książkę, ufa wydawcom i autorom i oczekuje, że to zaufanie zostanie spełnione. Odpowiedzi z Białorusi stanowiły około 10–15%, ale jądro — to białoruska migracja w Polsce.

Jednym z przypadków, który się nie sprawdził, jest literatura dziecięca. Najprawdopodobniej nie przewidzieliśmy, jak szybko Białorusini zintegrowali się z polską społecznością. Wynik jest taki: książki po białorusku dla dzieci nie są kupowane, dzieci czytają książki ze szkoły. I jeszcze jeden smutny moment: publiczność białoruskiego czytelnika w zasadzie się kurczy.

<...> Teoretycznie mamy okno, być może w ciągu najbliższych 10–15 lat. Historia pokazuje nam, że integracja — to druga strona asymilacji. Drugie pokolenie Polaków, którzy wyjeżdżali do Francji, spieszyło się, aby stać się lokalnymi, a tylko część trzeciego pokolenia zwracała się ku korzeniom. Najprawdopodobniej będziemy mieli to samo.

Karolina Sulej: «Integracja» dla mnie brzmi jak coś, co musimy robić, i nie ma w tym radości. Powiedziałabym „zapoznawać”. Najlepszy sposób na zapoznanie polskiego środowiska z białoruską kulturą — pokazywać osoby, ich twórczość, głosy i narracje, których nigdzie indziej nie znajdziesz.

My [w fundacji Kraina] staramy się zmieszać jak najwięcej zwykle zamkniętych grup, aby mogły się zobaczyć i połączyć. Osobno nic się nie zrobi. To nie tylko białoruski wysiłek — to także polski wysiłek. Musimy widzieć się nawzajem, ale to nie jest obowiązek — to powinno być zachwytem.

Używamy języka sztuki, mody i kuchni. To język dla wszystkich: wszyscy jemy i wszyscy się ubieramy. Ludzie po prostu kupują rzeczy i zapamiętują: „O, jaka ciekawa projektantka! Z Białorusi? Trzeba więcej o tym się dowiedzieć!”. Tak po drobince, artystka za artystką, zapoznajemy ludzi z całą społecznością.

Forum EU4Culture. Zdjęcie: Jauhien Kanaplou-Lejdzik
Forum EU4Culture. Zdjęcie: Jauhien Kanaplou-Lejdzik
Forum EU4Culture. Zdjęcie: Jauhien Kanaplou-Lejdzik
Forum EU4Culture. Zdjęcie: Jauhien Kanaplou-Lejdzik

Trudności w tłumaczeniu: od ogłoszeń do kodów kulturowych

Kacia Ramanczyk: W szóstym roku emigracji możemy przynajmniej zacząć tłumaczyć nasze ogłoszenia i budować komunikację wokół projektów poza ramami konkretnego projektu, na który otrzymaliśmy finansowanie. Żyjąc w logice projektowej, wielu z nas zapomina o publiczności, która jest nam potrzebna w długoterminowej perspektywie.

Olga Mżelska: Są też odwrotne przykłady. U Aliaksandra Adamau niedawno była wystawa, gdzie teksty były w języku polskim i angielskim, a w białoruskim nie było. Dobrze, że szybko zareagowali. Ale w próbach dotarcia do nowej publiczności czasami zapominamy o naszych. 

Małgorzata Bakalarz-Duverger: W zeszłym roku zorganizowaliśmy spotkanie dla organizacji niepolskojęzycznych i zaprosiliśmy przedstawicielki miejskiego rządu, aby opowiedziały o możliwościach grantowych. Bardzo szybko staliśmy się tłumaczkami — ale nie tyle z języka polskiego, ile tłumaczkami kontekstów. To, że „kwesta na Powązkach” to zbiórka pieniędzy na cmentarzu, wcale nie jest oczywiste. Polakom nie trzeba było tego robić przez 80 lat: przez trzy pokolenia wszyscy mówili jednym językiem, oglądali te same filmy, mieli te same żarty.

Białoruski zespół czy artyści powinni zadbać o to, aby być zrozumiałymi: szybciej „wielka literatura”, a nie „białoruska literatura”. Ale i Polacy, którzy ich przyjmują, powinni próbować wyobrazić sobie, jak się przesunąć. To wymaga cierpliwości i praktyki.

Karolina Sulej (Karolina Sulej), dziennikarka, antropolożka,,
pisarka i działaczka kultury, przedstawicielka Fundacji Kraina

<...> Uważam, że Polacy powinni uczyć się ukraińskiego i białoruskiego. Nie tylko Białorusini powinni uczyć się polskiego — powinniśmy komunikować się razem. Na przykład w Polsce nie widzę ani jednego ambasadora białoruskich książek. Czy znasz kogoś, kto opowie ci o białoruskich autorach? Nie! Wszystko, co jest, to Instagram i media społecznościowe. Ale chcę więcej.

Forum EU4Culture. Zdjęcie: Jauhien Kanaplou-Lejdzik
Forum EU4Culture. Zdjęcie: Jauhien Kanaplou-Lejdzik

Ambasadorzy białoruskiej kultury jednak istnieją

Illa Andrejeu: <...> Zrobienie dobrego tłumaczenia to 10% sprawy. A co dalej? Tłumaczenia białoruskiej literatury nie robią duże polskie wydawnictwa — z wyjątkiem przypadków, gdy jest nagroda, jak w Swietłana Aleksijewicz. Można wymienić pięciu-sześciu białoruskich autorów przetłumaczonych na polski. Te książki istnieją, ale czy są obecne w polskiej przestrzeni? Myślę, że raczej nie. Obecność jest, ale integracji i zainteresowania brak.

<...> Historie osobistych sukcesów zawsze są bardzo ważne, szczególnie w literaturze. Ambasadorzy są. Andrej Chadanowicz prezentuje polską literaturę białoruskiemu czytelnikowi tak samo interesująco, jak białoruską — polskiemu. To doskonały przykład dialogu kulturowego.

Często, jak w historii z Alhierd Bacharewicz, jest konkretna osoba — ambasador, tłumacz, który przekonał [pewne wydawnictwo], że trzeba przetłumaczyć. <...> A tłumaczenia „Po co idziesz, wilku?” Ewy Wieżnawiec — to super sukces. <...> Tutaj była mobilizacja wielu ludzi, którzy wystąpili jako ambasadorzy, i ten tekst przetłumaczono na wiele języków.

Olga Mżelska: Jeden z pięknych przykładów — jak wyszła książka Alhierda Bacharewicza „Psy Europy” po polsku. Akurat wtedy był Warsaw Gallery Weekend, a białorusko-polska performerka Jana Shostak wzięła tę jasną książkę w tłumaczeniu i chodziła z nią po imprezach jak z akcesorium. Bardzo wielu ludzi pytało ją: a co to jest? Stała się promotorką białoruskiej kultury.

Małgorzata Bakalarz-Duverger: Kiedy w badaniach dotyczących uczestnictwa w kulturze rozmawialiśmy z rodzicami białoruskich i ukraińskich dzieci, bardzo często mówili, że chcą pokazać kolegom i koleżankom na półce w księgarni białoruskiego autora lub autorkę. Nie bezpośrednio "poznaj moją kulturę, dowiedz się o moim folklorze", ale raczej "zainteresuj się moją literaturą artystyczną". To bardzo ważny gest. I taka „akcesoryzacja”, moda wokół książki — super fajny pomysł.

Ale przymiotnik „białoruski” tutaj jest ważny. Kiedy kupuję książkę Mario Vargas Llosa, kupuję ją nie po to, aby dowiedzieć się o peruwiańskiej kulturze, ale aby przeczytać wielką literaturę. Kiedy czytałam Aleksijewicz, czytałam ją nie dlatego, że to białoruska książka, ale dlatego, że to wielka literatura. Może odpowiedź jest jedna: dobre książki — ciekawe?

Olga Mżelska: Są instytuty, które promują swoje narodowe kultury. Goethe-Institut promuje niemiecką kulturę, Instytut Adama Mickiewicza promuje polską. Nie mamy takiej instytucji.

Ważna rzecz, którą widzę w ukraińskiej społeczności: ukraińscy działacze kultury pracują w różnych instytucjach w Polsce i innych krajach. Jeśli ktoś z nich pracuje w dziale edukacji muzeum sztuki współczesnej, będą tam wycieczki po ukraińsku i warsztaty ukraińskich artystów. Bo jest osoba w zespole, która podpowie, że jest ciekawy ukraiński artysta akurat na wystawę, którą będą robić za rok. Musimy tak samo wprowadzać się do Europy – jak mikoryza. 

Ulubiony temat na bis

Andy Novak, entuzjasta kultury, moderator

Czy Europejczyków interesujemy tylko wtedy, gdy mówimy o polityce i traumie?

Anastazja Rydleuska: Nie mam żadnej agendy. Tworzę, bo inaczej nie potrafię żyć: piszę piosenki o uczuciach, miłości, rozstaniach, stracie bliskiej osoby, zaburzeniu afektywnym dwubiegunowym. Zgłaszali się do mnie ludzie, którzy podchodzili nie z "ojej, biedna Białorusinka", ale jak do partnerki: "Naprawdę interesuje nas, co robisz, współpracujmy".

Karolina Sulej: Białoruskie artystki pokazują polskiej publiczności, że można przetłumaczyć swoje pogańskie dziedzictwo, związek z naturą, stare mity i bajki — i uczynić to interesującym dla Polaków. Jeszcze kilka lat temu Polacy nie interesowali się swoim dziedzictwem. A potem przyszli Ukraińcy i Białorusini i powiedzieli: "Hej, to naprawdę ciekawe!" Pokazujecie nam, jak na nowo uświadomić sobie, że Polska była wielokulturowa. Traktujmy to jako dar, a nie jako problem, który trzeba rozwiązać.

Trauma nie pożądana. Po prostu nie należy jej eksploatować. Wszystko zależy od perspektywy: rozmowa powinna dotyczyć osób i przetrwania – życia dalej. <...> Białoruskie artystki, z którymi pracujemy, używają języka rzemiosła, wsi, historii o czarownicach i łączą to z nowoczesnym feminizmem. To nie jest o traumie, ale o odzyskiwaniu swojej siły, o wolności, o święcie kobiecości i siostrzeństwa. Całkowicie inny narratyw, bo to o uzdrawianiu.
Forum EU4Culture. Zdjęcie: Jauhien Kanaplou-Lejdzik
Forum EU4Culture. Zdjęcie: Jauhien Kanaplou-Lejdzik
Forum EU4Culture. Zdjęcie: Jauhien Kanaplou-Lejdzik
Marcin Jasiński i Aliaksandr PapaBo Bahdanau na Forum EU4Culture. Zdjęcie: Jauhien Kanaplou-Lejdzik
Forum EU4Culture. Zdjęcie: Jauhien Kanaplou-Lejdzik
Forum EU4Culture. Zdjęcie: Jauhien Kanaplou-Lejdzik
„Normalizować nie kryzys, a współistnienie”: — sekktor.online